Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
II


II

Siedział skulkony pod wielkim, starym i niestety od lat uschłym już dębem wpatrując się w milczeniu w blask ogniska ogrzewającego jego umęczone ciągłą wędrówką, obolałe młode ciało. głowę trzymał lekko pochyloną, tak aby jego długie, kręcone przy końcu włosy przykrywały żar smutku bijący z jego oczu tak wyraźnie, że widać go dobrze nawet w nieprzeniknionych ciemnościach. Przemoczone do suchej nitki wojskowe buty i skórzana kurtka suszyły się nieopodal ognia, w końcu jak na złość cały dzień koszmarnie lało, jak z cebra wręcz. Z resztą, niebo było ciągle pochmurne.
- Nawet gwiazd dziś nie widać - mruknął do siebie cicho, a głos jego brzmiał tak bezbarwnie, jakby był głuchym wydźwiękiem jego szarych myśli. Młodzieniec odpalił papierosa i zaciągnął się głęboko, a dym zagryzł go w nabrzmiałe już od łez oczy.
- Po jaką cholerę mi to wszystko było? - głośno myślał, a właściwie rozmawiał z samym sobą, gdyż to była jedyna osoba, której mógł wyrzucić wszystko otwarcie, bez zbędnych ogródek czy ceregieli i wiedział, że właściwie i w pełni go zrozumie nawet bez słów.
- Cóż Jimmy, takie jest życie - mruknął - pełno w nim bólu i cierpienia. Ty masz o tyle ciężej, że zawsze płyniesz pod prąd. Nie potrafisz spokojnie żyć, jak reszta ocalałych.
- Ale dlaczego właśnie mnie to spotyka? - pytał się samego siebie.
- Bo jesteś inny. Nie potrafisz żyć konwencjonalnie. Twoim przekleństwem jest potrzeba odczuwania mocnych wrażeń i emocji. Musisz mieć ciężej niż pozostali, aby motywowało cię to do działania, musisz kochać, by móc się uśmiechać. Musisz mieć kogoś bliskiego, abyś widział sens trwania w tym okrutnym świecie wśród tych popieprzonych ludzi...
- Ehh... - westchnął i spojżał na kurtkę - to się robi powoli silniejsze ode mnie - powiedział cicho wyciągając z jej kieszeni niewielką, celafonową torebkę wypełnioną białym proszkiem. Delikatnie odczepił lusterko od kierownicy motocykla, wydobył z kufra manierkę z wodą uważając, by nie opażyć się o wciąż jeszcze gorący silnik i usiadł spowrotem przy ognisku. Ostrożnie usypał nieduży stożek z białego proszku na lusterku, zamknął torebkę i schował do kieszeni wytartych jeansów, wciąż jeszcze wilgotnych, które suszył na sobie. Następnie zwinął dziesięcio dolarówkę w rurkę i przyłożył ją do nosa. Jednym głębokim wdechem wciągnął powietrze wraz z całą substancją znajdującą sie na lusterku i poczuł ostre gryzienie w nozdrzach. W kilka sekund śluz nosowy przesycony siarczanem amfetaminy zaczął spływać do gardła, a jego specyficzny gorzki smak przyprawił młodzieńca o paskudnie wykrzywiony grymas na twarzy. Jimmy pospiesznie odkręcił manierkę i pociągnął kilka dość sporych łyków wody, po czym odetchnął głęboko. Czuł jak serce przyspiesza swój bieg w klatce piersiowej trochę boleśnie, zmysły zaczynają się wyostrzać i czas lekko spowalnia. Nie jadł nic już trzeci dzień, a jego przekrwione oczy nie zaznały snu już od ponad tygodnia. Zmęczenie momentalnie odchodziło w niepamięć a lekko otępiały umysł oczyszczał się z chaotycznego bałaganu otwierając się na czyste, jasne myśli. Jego wzrok skupił się na jasno błyszczących, wesołych iskierkach tańczących radośnie na rozżarzonych polanach rozpalonego już dostatecznie drewna. Narkotyk rozprzestrzeniał się w żyłach docierając do każdej komórki jego wychudzonego ciała przynosząc złudne uczucie lekkiego odprężenia. Młodzieniec uśmiechnął się delikatnie i przymróżył trochę oczy. Uszu jego dobiegał trzask spalanych gałęzi. Wpatrując się nieustannie w ogień rozważał wydarzenia kilku ostatnich tygodni. Wesołych, żartobliwych i przesyconych różnego rodzaju podtekstami rozmów na zwykłe tematy, nawet te najbardziej banalne. Dnie spędzone zwyczajnie, na prostym, pełnym przyziemnych spraw, pospolitym życiu w zaciszu prac domowych, polowych i w obejściu. Dnie typowe dla normalnych zjadaczy chleba obecnych czasów, rutynowe wręcz lecz niesamowicie radosne. Dnie jakich nie zaznał od czasów gdy jego dzieciństwo zaczęło zmieniać się w najgorszy koszmar senny naiwnego podlotka, zmuszając go do przedwczesnej dorosłości hartującej upór, wolę przetrwania, niezwykle mocne poczucie obowiązku obrony słabszych i młodszych przed nieprzebranym okrucieństwem złych lub zagubionych, nie radzących sobie z problemami doczesnej egzystencji dusz, często nieświadomie niszczących samych siebie i krzywdzących przy okazji swoich najbliższych, niewinnych i bezradnych na tak przykry rozwój wypadków życia. Kto by pomyślał że zwykłe, pozornie puste, monotonne i jednakowe dni mogą przynieść tyle szczęścia? A westarczy tylko otworzyć oczy, umysł i serce aby cieszyć się taką właśnie normalnością. Wspominał długie, romantyczne wieczory przy blasku świec i akompaniamencie zniszczonych już, przedwojennych płyt dawno zapomnianych artystów. Magiczne godziny wpatrywania się głęboko w jej cudownie błękitne oczy, łagodne i nieprzeniknione jak sklepienie niebieskie, uśmiechając się lekko, nieświadomie obrazując radość wypływającą z przyspieszonego bicia narwanego, młodego serca, kierującego się własnym sposobem wybierania osoby, którą obdarzy najwspanialszym uczuciem jakie jest w stanie zrodzić się w istocie ludzkiej. Wspominał delikatnie, lecz stosunkowo stanowczo splecioną, łagodną, kruchą dłoń z jego dłonią, chłodniejszą nieco, lecz przyjemnie kojącą dla wysuszonej, szorstkiej i niezwykle mocno odczuwającej w owej chwili ten dotyk skóry Jimmy'ego. Wspominał czule przytulone do jego piersi kobiece ciało, spokojne, niewinne, niczym porcelanowy skarb bezpieczny w twierdzy jego silnych ramion. Czuł się niesamowicie. Taki silny, taki potrzebny, taki męski, taki wolny, wyjątkowy, jakby miał anielskie skrzydła unoszące go ponad cały ten ponury świat, ponad troski i smutki, ponad własne jego wady potęgując wartość zalet. Czuł, że nie ma rzeczy niemożliwych, a nawet te trudne do zrealizowania mogą nieoczekiwanie przyjść same w łatwy sposób. Gdy tak wtulona beztrosko w niego patrzyła mu słodko w oczy odwzajemniając uśmiech nieprzeniknionego, błogiego, nieziemskiego wręcz szczęścia, czytał z jej spojżenia jak z otwartej księgi wiedząc, że mógłby w jednej chwili, samemu zmienić, zbawić wręcz pozostałości upadłej ludzkości, pokornie znoszącej konsekwencje błędów, chciwości, rządzy władzy i destrukcji swoich pra przodków wraz z wyniszczoną planetą w istny rajski ogród, wspaniały, tętniący kolorami i życiem, gdzie nie znane będą zmartwienia, troski, smutki oraz lubieżne, złe występki przeciw bliźnim, dokładnie taki sam, jak w opowieściach i mitach spisanych w zapomnianych dziś już, prastarych księgach dawnego kultu, których to mądrość rozgłaszają wędrowni kaznodzieje żyjący w ubóstwie wybierając dobrowolnie los samotników - misjonarzy głoszących prawdę o Bogu Jedynym, który to ukarał nas nuklearną apokalipsą za nasze bluźniercze i pełne grzechu życia, by oczyścić nasze dusze przez setki lat cierpień i wyrzeczeń, abyśmy pokornie pokutowali chwaląc imię Pana Najwyższego za nasze skłonności do czynienia niewyobrażalnie wielkiego zła odrzucając miłosierdzie kierując się swym egoistycznym hedonizmem bytu doczesnego - uczących się sztuki przenikania umysłów ludzkich i zakorzeniania w nich ziarna złudnej poniekąd wiary i naiwnej nadziei na lepsze jutro oraz zbawienny wpływ cierpień i trudów życia ziemskiego na naszą nieśmiertekną duszę, która odbywając wędrówkę po tym świecie w cielesnej powłoce zmierza ku odkupieniu win człowieczeństwa, by po jej zakończeniu przenieść się do raju, gdzie przez resztę wieczności zazna niepojętego przez umysł szczęścia. Przez lata studiują tą "Świętą Księgę" której jedyne, bezcenne dziś egzemplarze pzetrwały w dosłownie kilku klasztorach na całej ziemi. Widział wyraźnie iskierki błogiego, nieuchwytnego niemalże, szczerego szczęścia płynącego z głębi jej serca, płomień niepowtarzalnego, wspaniale pięknego i wyjątkowo rzadko spotykanego w obecnych czasach gorącego uczucia, tak rozkosznie prawdziwego, że aż zimne dreszcze na przemian z falami nieopisanego przez poetów wewnętrznego, przyjemnego ciepła, przyprawiającego mężczyznę niemal o zawroty głowy. Nieświadomie odpalił kolejnego papierosa wciągając dym głęboko do płuc, lecz zamiast nikotynowego aromatu czuł jedyny, niepowtarzalny i jednocześnie tak bliski jego sercu zapach, jej wyjątkowy zapach, którym to upajał się osiągając niemalże stan maksymalnej ekstazy. Godziny nieubłagalnie mijały, ognisko mocno już przygasło, lecz Jimmy pogrążony w swojej zadumie nie zauważał jak przemija ta smutna noc, kolejna przykra noc skazanego na samotność, nieszczęśliwego pielgrzyma, obrońcy godności i dobra, oczywiście rozumianego przez niego na swój sposób, pustynnego wilka, którego prawi ludzie darzyli wielkim szacunkiem, a na którego bandyckie grupy szakali, rozszarpujące po kawałku mozolnie budowane w pocie czoła społeczeństwa, wolały uważać, gdyż plotki i pogłoski rozchodzą się szybciej po pustkowiach niż echo po Wielkim Kanionie w Colorado. On jednak zamknięty w swoim świecie znów widział przed oczami jej śliczną twarzyczkę, na ustach czuł smak uwodzicielskich, zniewalających, słodkich, rozkosznie miękkich ust całujaćych go łagodnie, delikatnie tak, jak poranne majowe promyki całują świeżo pokryte ożywczą rosą kwiaty kasztanowców dumnych, rosnących majestatycznie i władczo, a jednocześnie tak urzekająco pięknych, że nawet największy twardziel bądź zbir rzuca w ich kierunku krótkie spojżenie, skrywające pełnię podziwu dla jednego z niewielu ocalałych cudów natury. Przypominał sobie rozkosznie błądzące w jego włosach palce tej jedynej osoby, której dobrowolnie pozwolił zatopić się w sferze zakazanej dla całego świata, w jego największym, najbardziej cennym skarbie, za którego dotknięcie groziła nieprzyjemna i bolesna konfrontacja z jednym z jego ciężkich, wojskowych butów tuż przed posmakowaniem w dłoni palącego ukąszenia gniewnego Desert Eagle'a kalibru 0.44 mm, nie znającego litości ni przebaczenia. Tych kilka krótkich, magicznych wieczorów utkwiło tak głęboko w jego postrzępionej pamięci, jakby były to najwspanialsze lata utraconego nagle, błogiego, nierealnie utopijnego życia. Wspominał utracone marzenie, jedyne jakie kiedykolwiek dane było mu mieć. Przepadło w momencie, gdy chwycił je już w swoje niezgrabne dłonie i trzymał mocno w garści. Przepadło jednak uciekając przez palce, pokazując tym samym wyższość niesprawiedliwego losu nad istotą ludzką.
- Ehh... - westchnął ciężko i wrzucił niedopałek do ogniska. Do oczu znów napływały mu słone łzy. Cierpienie, ból i nieopisana rozpacz rozdzierały mu mocno pobudzone dragami serce, dręcząc co noc tymi samymi wspomnieniami . W uszach znów dźwięczał jej melodyjny, aksamitny głos przebijając sadystycznie każdy centymetr jego ciała igłami słów wypowiedzianych łagodnie i miażdżących jego psychikę w ułamkach sekund siejąc większe spustoszenie w umyśle Jimmy'ego niż Wielka Wojna nuklearna na całej planecie. Jego mózg dokładnie zakodował każde słowo, niczym wyrok sądu ostatecznego, od którego nie ma apelacji.
- Jesteś bardzo bliski mojemu sercu, lecz nie możemy być razem. Nie chcę tego, nie chcę się wiązać z nikim. Wiążąc się straciła bym swoją niezależność, poczucie wolności, dzięki któremu mam siłę iść przez życie, mam siłę walczyć z każdym dniem wytyczając sobie cele i realizując je. Nie jestem gotowa na proste, rodzinne życie, więc nie chcę wyrządzać ci krzywdy. Nie należę do osób które ranią swoich bliskich, a jak już mówiłam, ty zajmujesz wyjątkowe miejsce w moim sercu. Dzięki pięknym uczuciom życie jest bardziej kolorowe, lecz stajemy się jednocześnie słabsi, tracimy czujność, a co za tym idzie jesteśmy podatniejsi na ataki wrogów i ciosy zadawane przez życie. Jestem silna i chcę pozostać silna, dlatego zbudowałam wokół siebie mur odgradzający mnie od uczuć. Mur którego nie udało ci się przebić, choć byłeś bardzo blisko - mówiąc to miała kamienny wyraz twarzy, oczy pozbawione zarówno tego cudownego blasku jak i jakichkolwiek przejawów smutku, nie wzruszona, pozbawiona całkowicie emocji, lekko tylko przygasłe, jakby z trudem przychodziło jej nieświadome łamanie jego wielkiego, emanującego łagodnością, ogromną czułością i nieprzebraną dobrocią szlachetnego niczym sam diament serca, krusząc je w jednej chwili jak porcelanową figurkę ciśniętą z impetem w betonowy mur.
- Rozumiem Amy - wydusił z siebie cicho po dłuższej chwili milczenia, łamiącym się w gardle głosem, starając się ukryć przed nią jak głęboko w jego pierś wbiło się bezlitosne ostrze niespełnionej, odrzuconej miłości, o której nie zdążył jej jeszcze nawet powiedzieć. Miłości skazanej na powolną, bolesną śmierć z powodu obawy przed prawdziwie czystym szczęściem, spotykającym tak nielicznych spośród osób odradzającej się z popiołów atomowej zagłady, niczym legendarny feniks, cywilizacji ludzkiej, cierpliwie znoszącej promieniowanie i jego następstwa wraz z budzącymi odrazę mutacjiami i powszechnie obesnymi prawami dżungli, gdzie silniejszy wykorzystuje słabszego, gdzie niewolnictwo jest powszechnie akceptowane, gdzie handel bronią, narkotykami i prostytucja są dochodowym interesem dla coraz bardziej izolującej się kasty społecznej silnych mafii, trzymających niekiedy w garści całe miasta, gdzie prawa i zasady moralne dostosowywane są do potrzeb sprawujących władzę nad danym terytorium.
- Nie zamierzam cię zmieniać, bo wtedy nie będziesz już sobą, tą uroczą osobą która jest mi tak bliska. - ciągnął dalej Jimmy - Nie zamierzam też walczyć o ciebie, bo tylko ty jesteś w stanie przezwyciężyć samą siebie, aby otworzyć się na piękne uczucia, które w stanie są pomóc ci rozpiąć skrzydła i frunąć nad tym przeklętym światem wysoko, pozwalając odkryć niesamowite poczucie wolności, które dane jest doznać tylko nielicznym.
- Wolę mieć w tobie przyjaciela Jimmy, miż zaryzykować mocniejsze zbliżenie i zniszczyć to, co budowaliśmy przez tyle lat. Nie chcę abyś cierpiał jeśli by nam nie wyszło, ani męczył się widząc jak układam sobie życie z innym facetem lub zniknął na zawsze z mojego życia nienawidząc mnie za nieudany związek.
- Dobrze maleńka, rozumiem i szanuję twoją decyzję. - szepnął nie potrafiąc ukryć dłużej rozpaczy w głosie - Muszę już jechać, czas mnie goni - odwrócił wzrok, by nie dostrzegła łez w oczach - niebawem powrócę zobaczyć jak ci się powodzi.
- Będę czekać. Uważaj na siebie Jimmy.
- O mnie się nie martw - powiedział wsiadając na motocykl - zawsze jestem ostrożny.
Odpalił maszynę. Obejżał się jeszcze raz za siebie w kierunku dziewczyny i zawołał:
- Dbaj o siebie maleńka! - po czym zwolnił hamulec i pognał przed siebie jak pustynna burza, a gromkie łzy spływające po jego młodej twarzy rozwiewał na boki wiatr, zwilżając jego rozpuszczone, bujne włosy potargane brutalnie na skutek szaleńczego pędu zrozpaczonego mężczyzny, świadomego faktu, że teraz nie ma już nic do stracenia.
Niebo zaczęło rozjaśniać się łagodnie, pierwsze promienie porannego słońca przebijały się swobodnie i radośnie przez mocno rozrzedzoną już pelerynę chmur, przesłaniającą gwiazdy spoglądające samotnie na malutkich ludzi borykających się z trudami życia na ziemi. Przyjemnie grzejące ognisko dawno już wygasło, lecz Jimmy wciąż jeszcze siedział nieruchomo, patrząc niewidzącym wzrokiem w miejsce, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej tańczyły radośnie wesołe iskierki, lawirując wśród niszczących go od środka, bolesnych słów kobiety dla której bez wahania gotów był poświęcić wszystko, nawet swoje młode jeszcze życie. Wiedział to w stu procentach, bo tak na prawdę w ten sposób kocha się tylko raz. Z katującej jesgo psychikę zadumy niespodziewanie wyrwał go warkot silnika jakiegoś pojazdu zbliżającego się z dużą prędkością. Poderwał się gwałtownie, pospiesznie ubrał buty i kurtkę oraz odbezpieczył swoich dwóch wiernych towarzyszy. Odgłos pędzącej maszyny dochodził jego uszu od południa, więc nieproszony gość jechał tą samą trasą co on.
- Czyżby ktoś mnie wytropił? - zastanawiał się w duchu usypując sobie sporą działkę amfy i wciągając ją w ułamku sekundy. Gorzki specyfik gryzł niemiłosiernie mocno już podrażnione nozdrza spływając wolno do zachrypniętego lekko gardła.
- To gówno kiedyś mnie wykończy -pomyślał przepłukując przełyk wodą. Ocenił ile mniej więcej czasu zajmie obcemu na dotarcie do jego nocnego obozowiska i uśmiechnął się lekko do siebie wiedząc, że zanim dojdzie do konfrontacji, jego dopalacz zacznie działać. Oparł się więc wygodnie o motor czekając spokojnie na dalszy rozwój wydarzeń. Po niespełna dziesięciu minutach, zza pobliskiego pagórka wyłonił się nietypowy, aczkolwiek piekielnie szybko jadący samochód, trochę podobny do tych z przedwojennych magazynów sportowych, co poniekąd zaskoczyło Jimmy'ego, gdyż niewyobrażalnie głośny ryk silnika mógłby sugerować że pojazd ten nie dogoni nawet kulawego bramina, nie mówiąc już o sprawianym wrażeniu dokonywania swojego żywota przez tą maszynę.
- Ciekawe jakie jeszcze niespodzianki czekają mnie tego parszywego poranka? - mruknął do siebie zachowując iście stoicki spokój. Na kilka sekund przed minięciem starego dębu dziwaczny samochód zaczął bardzo gwałtownie hamować emitując spod swoich kół nieprzeniknione kłęby czarnego dymu, któremu towarzyszył duszący smród spalanej gumy przy akompaniamencie przerażającego pisku ścierających się opon, zatrzymując się dosłownie o parę kroków od młodego bohatera, lecz mężczyzna nie ruszył się, nie drgnął, nawet nie mrugnął okiem zachowując groźny, niewzruszony wyraz twarzy. Na jego mocno zasiśniętych wargach pojawiło się kilka kropel krwi co sygnalizowało, źe Jimmy przygryzł wargi, jakby jego opanowanie zastępował silnie narastający niepokój. Ręce miał skrzyżowane na piersi, dotykając lekko dygoczącymi od nadmiaru dragów i braku snu dłońmi rozpięte kabury pistoletów gotowych w mgnieniu oka odebrać życie ścigającym go łajzom i pustynnym wyrzutkom. Pobudzone nadmiernie serce waliło mu jak młotem, sugerując bolesnym ukłuciem przy każdym uderzeniu, że już najwyższa pora odstawić wspomagacze i zrobić sobie długie, regenerujące wakacje z dala od kłopotów, w które to systematycznie i wręcz z uporem maniaka pakował się młodzieniec. Dym powoli się rozrzedzał, kurz opadał łagodnie, a drzwi pojazdu od strony kierowcy otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem i wyłonił się zz nich wysoki, na oko studziewiędziesięcio centymetrowy, czarnoskóry mężczyzna, który był już sporo po trzydziestce i był jeszce bardziej wychudzony niż Jimmy, wpatrując się gniewnie czujnymi, brązowymi oczami w bladą, noszącą piętno wielu nieprzespanych nocy, twarz młodzieńca operającego się o swojego jednoślada, wyglądającego jakby spodziewał się niezapowiedzianego spotkania i nie był z tego powodu rozentuzjazmowany, lecz wręcz przeciwnie, równie gniewnie dając do zrozumienia że nie ma ochoty na czyjąkolwiek obecność w promieniu paru mil. Mężczyźni stali tak w bezruchu, niczym prastare posągi odwiecznych wrogów, wymieniając w milczeniu maksymalnie już antagonistyczne spojżenia przez dość długą chwilę. Przez ten moment nawet powietrze zastygło w miejscu, jakby obawiając się zakłócenia tak niespotykanego na codzień starcia dwóch wyjątkowo mocnych charakterów. Napięcie sytuacji sięgnęło zenitu. Niespodziewanie czarnoskóry mężczyzna uśmiechnął się bardzo serdecznie szczerząc uderzająco białe zęby, jego wzrok nabrał przyjacielskiego ciepła i rozluźniając się ruszył w kierunku młodzieńca wołając:
- Jimmy! Ty przebiegły pustynny szakalu! Nie widziałem cię już ładnych parę lat. Ale wyrosłeś...
Jimmy zdębiał kompletnie, a jego zdumione otwarte usta oznajmiały to dobitnie otaczającemu go światu. Wogóle nie kojarzył tego człowieka, bynajmniej jego przemęczony mózg mu to podpowiadał.
- Nie sądzę abyśmy mieli przyjemność spotkać się wcześniej, lecz ciekawi mnie skąd znasz moje imię? - spytał oschle próbując otrząsnąć się z paraliżującego zaskoczenia.
- Nie zalewaj brachu! Nie poznajesz mnie? To ja, C.J. Jeden z nielicznych członków Hell's Angels którzy pozostali przy życiu. Dobry druh twojego brata za starych dobrych czasów, kiedy to potrząsaliśmy całą Północną Californią.
- Mój brat nie był bandziorem - oburzył się Jimmy - był dobrym człowiekiem.
- Był dobry w tym co robił, jednym z najlepszych. Jak żyję, tak nie spotkałem jeszcze lepszego strzelca, ani tak utalentowanego kierowcy kaj Kevin. Facet jeździł wszystkim co miało koła, a jeśliby ich nie miało to pewnie też by dał radę - radośnie ciągną C.J. - jak przejeżdżaliśmy przez miasta to ludzie bali się wychylać nosy zza drzwi własnych domów. Nikt nie był w stanie nam podskoczyć. Aż tu pewnego dnia zjawili się ci przeklęci Rangers'i opłacani przez tą zdzirę Bethany Hammond, której po samobójstwie męża pomieszało się w głowie kompletnie i zachciało się zjednoczenia północnej i południowej Californi, aby naiwniacy charowali na nią i jej żołnierzyków pod przykrywką wprowadzenia prawa i sprawiedliwości. Większych bredni w życiu nie słyszałem. Poprostu ta jej banda patałachów robiła to samo co my z tą subtelną różnicą, że ci nierozgarnięci idioci opłacali im dobrowolnie broń i amunicję z własnych kieszeni. Nic więc dziwnego że z łatwością skopali nam dupy. Gdybyśmy mieli takie armaty jak oni to już dawno rządzilibyśmy całym krajem - twarz C.J.'a wyraźnie posmutniała na skutek przwołanych wspomnień - ale czasuy nie da się cofnąć niestety. "Trzeba patrzeć w przyszłość, a nie użalać się nad nieudaną przeszłością. Świat nie stoi w miejscu, więc ty też idź wciąż dalej, aby życie nie uciekło ci przez palce". To jedne z ostatnich słów twojego brata jakie wypowiedział umierając mi na rękach. Zapamiętaj je dobrze, weź je sobie do serca, a zobaczysz że z czasem wszystko jakoś się ułoży.
Jimmy odwrócił wzrok. Teraz już wiedział dlaczego nie pamięta C.J.'a. Jego mózg wyparł z podświadomości wszystkie wspomnienia związane ze starszym bratem i jego tragiczną śmiercią podczas ulicznych porachunków gangów. Był wtedy dziesięcioletnim, beztroskim chłopcem, a to traumatuczne przeżycie miało ogromny wpływ na kształtowanie się jego osobowości. W momencie kiedy dorósł na tyle, aby kurtka brata jakoś na nim wyglądała, poprzysiągł sobie że będzie zwalczał wzelkie istniejące grupy przestępcze, dopóki nie dopadnie i nie zabije oprawców Kevina by pomścić jego śmierć.
- Teraz już mnie pamiętasz? - Spytał C.J. przerywając grobowe milczenie.
- Nie pamiętam nic z tamtego okresu mojego życia - odparł Jimmy
- Chyba wiem jak udowodnić ci kim jestem. O ile się nie mylę, masz na sobie kurtkę Kevina, racja?
Jimmy pokiwał twierdząco głową.
- Przeszukałeś ją dokładnie?
- Tak, ale nie znalazłem niczego oprócz bezużytecznych śmieci.
- Czy była wśród nich łuska od pocisku kaliber 0.44 mm ?
- Nie - zaprzeczył Jimmy - do czego zmierzasz?
- Otóż Kevin nosił zawsze przy sobie łuskę od pocisku, którym zabił pierwszego człowieka w swoim życiu. Mówił, że przynosi mu szczęście. Na pewno dobrze przeszukałeś kurtkę? Sprawdzałeś w ukrytej pod podszewką, niewielkiej kieszonce?
Zdumiony Jimmy pierwsze słyszał o jakiejś ukrytej kieszonce. Zdjął kurtkę i zaczął jej się badawczo przyglądać, lecz nie zauważył niczego oprócz niedbałego szwu w miejscu, gdzie niegdyś była przedziurawiona nożem.
- Niczego tu nie ma, musiałeś się pomylić.
- Wsadź dwa palce w najszerszą lukę między szwami a powinieneś znaleźć łuskę.
Jimmy posłusznie zastosował się do instrukcji i delikatnie wsuwał palce w niewielką szparkę uważając, by nie zerwać stosunkowo starego już spoiwa.
- Nic nie wyczuwam - rzekl zrezygnowany trafiając jednocześnie palcem na coś twardego - czekaj, chyba jednak coś mam - dorzucił szybko próbując wyciągnąć maleńkie znalezisko. Gdy po dłuższej chwili udało mu się wydobyć przedmiot, z radością stwierdził iż rzeczywiście jest to łuska idealnie pasująca do opisu mężczyzny stojącego obok niego i odczuł wielką ulgę gdy znalazł dowód na prawdomówność C.J.'a. Kamień spadł mu z serca w związku z poznaniem nowego przyjaiela, gdy wszędzie dookoła otaczali go głównie wrogowie.
- Mówiłeś jednak prawdę. Raduje mnie to niezmiernie przyjacielu - powiedział wyraźnie uszczęśliwiony Jimmy - zechciej mi teraz wyjaśnić co cię do mnie sprowadza?
- Cóż... - zaczął niepewnie C.J. - od pewnego czasu obserwuję twoje poczynania. Prowadzisz prywatną krucjatę przeciwko wszystkim tym popaprańcom z nadzieją, że kiedyś trafisz na morderców Kevina, mam rację?
- Zgadza się - prztaknął Jimmy
- A czy wiesz cokolwiek na temat osoby której szukasz? Nazwisko? Wygląd? Pochodzenie?
- Zasadniczo to nie - powiedział mężczyzna lekko zawstydzony
- Widzisz, a ja jestem w stanie rozpoznać gościa i wiem, że pochodzi z okolic Waszyngtonu. Zebrałem też parę innych informacji, którymi pewnie będziesz zainteresowany, ale w tej chwili to mało istotne.
- W takim wypadku powiedz mi, czego oczekujesz w zamian za te informacje?
- Słuchaj młody, proponuję ci prosty, przyjecielski układ. Ja pomogę ci wytropić i zlikwidować zabójcę Kevina, w zamian ty pomożesz mi rozprawić się z jednym człowiekiem z New Vegas. Sam bym go kropnął, ale niestety nie mogę pokazać się w tym mieście. Trochę za mocno wyrolowałem kilku wpływowych "biznesmenów" którzy chętnie zapłacą za moją głowę sporą ilość gotówki. To długa historia i chętnie ci ją opowiem w trasie, oczywiście jeśli jesteś chętny do współpracy. To jak? Przysługa za przysługę?
- Umowa stoi. Kropnę faceta i pojedziemy do Waszyngtonu.
- Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia - C.J. uśmiechnął się szeroko obnażając zęby.
- Zatem ruszajmy! - zawołał lekko podekscytowany Jimmy - New Vegas czeka!
Wskoczył na motocykl i odpalił go. C.J. wsiadł do swojego wehikułu, lecz zanim odpalił nieznośnie hałaśliwy silnik wychylił głowę przez otwór w drzwiach, gdzie najprawdopodobniej była niegdyś szyba i zwrócił się do nowego towarzysza:
- Dasz radę dotrzymać mi tempa tą zabaweczką młody?
- Nie masz pojęcia co ta "zabaweczka" potrafi - odparł z uśmiechem Jimmy - mam tylko nadzieję, że nie będę musiał na ciebie zbyt długo czekać dziadku - dodał żartobliwie
- To się jeszcze okaże kto na kogo będzie czekał! - wykrzyknął radośnie chowając głowę w głąb pojazdu i odpalił silnik. Wystartowali niemalże równocześnie jadąc tuż obok siebie. Być może naprawdę się ścigali, a być może poprostu jeden pilnował drugiego by raźniej się podróżowało. Któż to wie? Dzień rozpogodził się na dobre. Radosne promyki odbijały się w lusterkach mknących przez pustkowia z zawrotną prędkością dwóch wspaniałych maszyn zmierzających na zachód, w kierunku New Vegas, stolicy prochów, niewolnictwa i prostytucji, goniąc niedoścignioną żądzę zemsty, goniąc nową niebezpieczną przygodę, goniąc ku przeznaczeniu...
Głosuj (0)

Mandi 11/12/2011 20:41:41 [Powrót] ...zostaw parę słów...








Mandi

.:: Licznik ::.
99704

.:: Księga 4::.
...twój ślad...
...ci co tu byli...

.:: Profil ::.

Na mój temat można by powiedzieć wiele dobrych jak i złych rzeczy... Wszystko zależy od poglądów i różnie rozumianego pojęcia moralności... Ja uważam, że jestam kim jestem i inny nie będę. Lubię Heavy Metal, moją gitarkę, whisky i oczywiście braci... Reszty można domyślić się z zawartości tego bloga.


...zapamiętaj...

.:: Archiwum ::.

2012
Listopad
2011
Grudzień
Listopad
Czerwiec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Kwiecień
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
2007
Styczeń
2006
Grudzień
Listopad


.:: Ulubieni ::.


beldu.wjo.pl virgilcole.wjo.pl


.:: Linki ::.


ciekawosti o upadłych
Asgard
blog Jima
Kasia2
Jasiu
Kasia3
Midgard
Kasia1

.:: Muzyka ::.




>>LAY BY LILY<<
>Powered by BLOG4U<


...wrota do mego świata...