Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
I


I

- Parszywe gnojki! - przeklinał do siebie wściekły Jimmy idąc szybkim krokiem w kierunku południowej dzielnicy New Groomstone słynącej ostatnio z coraz to większych problemów przysparzanych przez "Brzytwy", jeden ze świerzo powstałych gangów w tej okolicy.
- Odechce im się nawet myślenia o motocyklach tak im dołożę. Te durne małolaty nie wiedzą z kim zadarły.
Szedł brudną ulicą - jeśli można w ogóle tak nazwać dziurawe pozostałości asfaltu - w swojej wytartej i mocno przechodzonej już skórzanej kurtce założonej na gołą pierś, obszytej emblematami i ogromnym logiem w kształcie anioła na plecach, przedwojjennego gangu znanego jako Hell's Angels", zniszczonych, dziurawych jeansach, ciężkich wojskowych butach i okularach przeciwsłonecznych typu "Lenonki", bardzo popularnych w drugiej połowie XX wieku, przeładowując swoje Desert Eagle. Jego długie brązowe, falowane lekko włosy rozpuszczone na ramionach rozwiewał delikatny powiew letniego wiatru, niemal niewyczuwalnego w ten upalny dzień.
- Pieprzone szczeniaki pożałują że się urodziły! - krzyczał coraz głośniej, potęgując tylko swoją frustrację i oznajmiając ją wszystkim dookoła tak, jakby licząc na to że ktoś się nim zainteresuje. Mieszkańcy "żłomowiska" - bo tak żartobliwie nazywali to miejsce wędrowni kupcy - nie zwracali jednak na niego najmniejszej nawet uwagi, niewrażliwi na tego typu wrzaski i zachowanie młodego mężczyzny. w prawdzie był tu obcy, lecz takie sytuacje często miewały miejsce w tej okolicy, więc ludzie byli do tego wszystkiego przyzwyczajeni lub poprostu zbyt naćpani aby zareagować w jakikolwiek sposób. Życie w New Groomstone płynęło tak samo jak w większości powojennych ludzkich osad. Próbowano uprawiać pola aby pozyskać żywność, zbierano złom, aby wymieniać go na wodę pitną z podróżującymi po pustkowiach karawanami, wytwarzano amunicję przy użyciu starych łusek i p[ocisków, hodowano braminy - zmutowane, dwugłowe krowy, których mięso nie było najsmaczniejszym rarytasem, aczkolwiek dobrze upieczone bylo nawet w miarę smaczne - oraz polowano na gekony - ogromne jaszczurki, które swoje rozmiary zawdzięczały skutkom promieniowania i których twarde, mocne skóry były aktualnie w dobrej cenie, gyż wytwarzano z nich pancerze, biorąc w zamian leki, alkohol i różnego rodzaju dragi.
Miasteczko to choć niewielkich rozmiarów leżało na głównym trakcie handlowym między Moonrock a New Vegas, w związku z czym docierało tu co nieco techlogii i powoli rozwijały się umiejętności naukowe miejscowych "wykształciuchów". Czasami podczas polowań udało się złapać kilku dzikusów sprzedając ich później jako niewolników do ciężkich prac polowych. Niektórzy z nich - ci bardziej rozgarnięci - zostawali służcymi w domach bogatszych rodzin. Wszystko w Groomstone płynęło własnym, spokojnym rytmem, a mieszkańcy choć życzliwi dla podróżnych, stali się ostrożniejsi i bardziej nieufni od momentu pojawienia się "Brzytw". Coraz częstsze napady, rabunki i kradzieże wzbudzały niepokoje wśród mieszkańców i tak na prawdę w głębi serca każdy z nich dał ciche przyzwolenie na porachunki uliczne samotnemu szaleńco9wi chcącemu rozprawić się z zuchwałymi złodziejami jego FatBoy'a zasilanego ogniwami termojądrowymi. Nie często widują zmotoryzowanych samotników przemierzających kraj w poszukiwaniu przygód i łatwego zysku. Zazwyczaj tacy ludzie podróżują w grupach chroniąc karawany kupców przed mutantami, ghulami i paoszącymi się wszędzie bandytami, a już przawdziwą rzadkością był widok wychudzonego, dwudziesto-kilkolatka rzucającego się z dwoma pistoletami na siedemnastoosobowy gang uzbrojonych m. in. w Uzi nastolatków w rozpadającym się warsztacie samochodowym stanowiącym ich aktualną siedzibę. W prawdzie przed wojną taka sytuacja była by nie do pomyślenia, lecz w obecnej rzeczywistości prawo stanowią posiadacze większej siły ognia. Oczywiście nie tylko wielkość gnata ma znaczenie, lecz również w bardzo dużym stopniu umiejętności strzelca, który ów gnata dzierży w dłoni, jego percepcja, wprawne oko i poniekąd zdolności manualne ułatwiające zmianę magazynków w warunkach ekstremalnych. Ważny jest też wysoki próg odporności na ból.
Jimmy'emu nie brakowało żadnej z tych cech. Lubił, a wręcz uwielbiał zwiększać swoją przewagę jeszcze przed walką. Zbliżając się już do siedziby "Brzytw" przestał krzyczeć i przycupnął za resztkami ścian jakiegoś bliżej nieokreślonego budynku. Kilka szybkich spojżeń i plan działania miał już gotowy. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki małą celafonową torebkę, rozsypał trochę białego proszku na leżącym obok potłuczonym lusterku, kawałek przedwojennej gazety zwinął w rulon poczym jednym wdechem wciągnął wszystko do nosa. Poczuł ostre gryzienie w nozdrzach, a gorzki siarczan amfetaminy spływał mu do gardła. Wziął łyk whisky z piersiówki, którą nosił specjalnie na takie właśnie okazje i odpalił papierosa.
- Trzeba poczekać aż amfa się wchłonie - mruknął sam do siebie zaciągając się głęboko. Jimmy nie lubił walczyć, choć trzeba przyznać że był w tym naprawdę dobry. Niektórzy mówili o nim: "Ten chłopak urodził się ze spluwą w ręku". On jednak zazwyczaj był bardzo spokojnym i opanowanym człowiekiem. Nie wszczynał niepotrzebnych burd pod warunkiem że nikt nie nadepnął mu na odcisk. Nie zabijał jeśli nie musiał. Cała ta sytuacja z motocyklem wyprowadziała go natomiast z równowagi. Ta maszyna to dorobek całego jego życia, środek transportu i najlepszy przyjaciel zarazem. "Brzytwy" popełniły niewybaczalny w oczach młodego mężczyzny błąd, za który przyjdzie im teraz słono zapłacić.
- Zaczyna działać mój dopalacz - pomyślał w duchu czując przypływ ogromnych pokładów energii, lekkie rozluźnienie, przyspieszone bicie serca w pokrytej bliznami piersi. Poprawiła się również jego koncentracja, myśli skupiały się na zasłużonej karze dla zuchwałych i bezczelnych złodziei. Zdawało mu się, że czas zolnił trochę tempo biegu. Był bardzo pobudzony na skutek działania narkotyku. Wstał bezszelestnie i ruszył w kierunku warsztatu mijając gnijące karoserie porzuconych wraków przedwojennych samochodów i sterty bezużytecznych już opon. Brama do głównego garażu była szczelnie zamknięta więc udał się do spróchniałych drewnianych drzwi wejściowych prowadzących wgłąb niedużej przybudówki, na których wisiała pordzewiała stalowa tabliczka z nieczytelnym już napisem. Bez pośpiechu odbezpieczył kabury swoich dwóch małych pomocników i zastukał spokojnie do drzwi tak, jakby przyszedł do sąsiadów pożyczyć szklankę cukru.
- Czego?! - odezwał się lekko chrapliwy, młody głos zza drzwi.
- Witaj. Przyszedłem ubić mały interes - ton głosu Jimmy'ego był łagodny i przyjemny dla ucha - podobno wpadł wam ostatnio w ręce pewien charakterystyczny motocykl. Czy to prawda?
- Może wpadł, a może nie wpadł - odpowiedział sarkastycznie głos - nic ci do tego. Spadaj stąd.
- Chcę go odkupić. Dam dobrą cenę - ciągnął spokojnie Jimmy - trzykrotnie większą niż wynosi jego wartość.
Młody człowiek chwilę zastanawiał się w milczeniu, poczym dało się słyszeć szczęk otwieranej żelaznej zasuwy. Drzwi uchyliły się lekko z przeraźliwym zgrzytem.
- Właź, tylko szybko. I bez żadnych numerów bo cię rozwalę, jasne?
- Możesz być spokojny przyjacielu. Jestem człowiekiem interesu, nie zabijaką - powiedział pewnie i przekonująco Jimmy. Był wyśmienitym mówcą i świetnym aktorem na dodatek. przed wojną zrobił by pewnie karierę jako polityk lub prezenter telewizyjny.
Wolnym krokiem wszedł do środka, a oczom jego ukazał się niski, może szesnastoletni chłopiec, o krótko ciętych blond włosach, błękitnych oczach mocno przekrwionych od nadużywania dragów.
- Chodź za mną i nie waż się gęby otwierać zanim Cal ci pozwoli, zrozumiano? - powiedział ochryple chłopiec ściskając kurczowo kij baseballowy w dłoni i wymachując nim przed twarzą Jimmy'ego.
- Bez obaw, nie szukam kłopotów - skłamał z trudem trzymając nerwy na wodzy.
Jimmy miał coraz bardziej mieszane uczucia. pałał żądzą mordu, lecz nie spodziewał się kogoś w tak mlodym wieku.
- Przecież to jeszcze dzieciak - pomyślał, a świadomość tego docierająca do jego mózgu stała się jak zimny prysznic dla urażonego mężczyzny.
- Nie zabiję ich. Postraszę tylko trochę i zabiorę co moje - wywnioskował w duchu zabezpieczając bezszelestnie broń - Może przekonam ich do jakiegoś sensowniejszego zajęcia niż zabawa w groźnych bandytów zanim trafią na kogoś mniej dobrotliwego niż ja - rozmyślał intensywnie.
Z chwilowej zadumy wyrwał go piskliwy wrzask.
- Kogoś mi do kurwy nędzy sprowadził?! - wydarł się z całych sił wysoki, dobrze zbudowany aczkolwiek w średnim już wieku, łysy facet siedzący właśnie na nowej zdobyczy.
- Spokojnie Cal, to klient. Chce kupić to cudo za trzy razy więcej niż jest wart - odpowiedział wyraźnie zestresowany chłopiec trzęsąc się tak, jak gdyby ktoś miał mu posłać za chwilę kulkę z czterdiestki piątki prosto w klatkę piersiową.
- Czy ci całkiem na rozum padło czy tylko na wzrok? Pokaż mi dzianego gościa który chodzi w takich łachach to może nie skręcę ci karku za twoją głupotę. A gdyby powiedział ci że rozwozi pizzę też byś uwierzył? Albo że jest króliczkiem wielkanocnym, to chodziłbyś szukać czekoladowych jajek? Imbecylu! Ten gość to kolejna niedojda taka jak ty, której wydaje się że może tu bezkarnie wejść i wciskać mi kit o szmalu którego naprawdę nie ma abym zostawił go z wami wy nierozgarnięte buce i poszedł go poszukać na zewnątrz dając się sprzątnąć jego kumplom pochowanym w tej kupie złomu i śmieci? Czy naprawdę masz mnie za takiego niedorobionego idiotę jakim sam jesteś czy poprostu znudził ci się twój nędzny żywot wpuszczając tu tę ciotę aby jej obecność grała mi jeszcze bardziej na nerwach niż twój brak mózgu?
- Cal, ja myślałem... myślałem... - chłopiec jąkał się ze łzami w oczach - ... że zgarniemy dużą kasę, a później się go kropnie zanim dotknie motoru... - wyrzucił na bezdechu, sparaliżowany przerażeniem dzieciak.
- To lepiej nie myśl, bo jak widać nie jest to twoją mocną stroną! Od myślenia jestem ja, a wy macie wykonywać moje polecenia. Czy to jest jasne? - zwrócił się teraz do wszystkich.
- Tak jest! - odpowiedzieli chórem.
Jimmy nie tracąc czasu przyjżał się dokładnie sali, rozmieszczeniu mebli, szafek, stołów i skrzyń z narzędziami oraz ustawieniu i uzbrojeniu tych dzieciaków. Granica ich wieku wahała się między jedenasto a osiemnasto latkiem. Było ich dwunastu łącznie z blondynem spod drzwi i despotycznym krzykaczem Calem, któremu najwidoczniej wydawało się że może z nimi zrobić co zechce, że powinni traktować go jak swojego guru, boga za którego w bezsensowny sposób oddadzą swoje zbyt krótkie jeszcze życia. Sytuacja w jakiej się znalazł nie klarowała się zbyt ciekawie, jego szanse były małe jeśli rozpocząłby otwarcie strzelaninę, gdyż nie bardzo było się gdzie ukryć przed pociskami w promieniu najbliższych pięciu metrów, poza tym był otoczony. Postanowił zatem próby przechytrzenia całej bandy w celu odwrócenia ich uwagi, by w odpowiednim momencie zlikwidować ich herszta.
- Przyznaję - zaczął pewny siebie Jimmy - nie wyglądam na kasiastego biznesmena i nie mam ze sobą pieniędzy, ale zapewniam was że przyszedłem tu sam i chcę ubić interes, który moim skromnym zdaniem opłaci się każdemu z nas wszystkich.
- A ciebie kto pytał o zdanie? - Cal zwrócił się do Jimmy'ego rzucając mu zabójcze wręcz spojżenie.
- Właściwie to nikt pytać nie musiał. Myślałem, że jako przywódca gangu będziesz najbardziej rozgarniętą jednostką z całej tej bandy i nie pogardzisz szybkim i łatwym zyskiem, ale skoro wolisz dalej klepać biedę kradnąc stare motocykle to pójdę poszukać wspólników gdzieś, gdzie prawdziwi twardziele szukają okazji do podniesienia swojego statusu społecznego oraz pozycji i wpływów w mieście. W New Vegas...
- Czekaj, czekaj - przerwał mu Cal - powiedziałeś New Vegas?
- Tak właśnie powiedziałem. Szukam zaufanego człowieka który pomoże mi zdobyć pewien przedmiot, za który don Guseppe de la Cruz, głowa najbogatszej i najwięcej znaczącej w New Vegas, mafijnej rodziny jest w stanie oddać władzę nawet nad całą dzielnicą.
- Co to za przedmiot i gdzie można go znaleźć? - na twarzy Cala widać było wyraźne zainteresowanie i podniecenie na myśl o władzy nad którąkolwiek z dzielnic New Vegas, największego skupiska handlu prochami, bronią, niewolnikami i dziwkami w całej Ameryce.
- Nie tak szybko tatuśku - rzekł Jimmy z lekkim uśmiechem zadowoleniawidząc że jego cel naiwnie połknął przynętę. W końcu pazerność ludzka i żądza władzy nie zna granic - muszę mieć pewność że ani ty, ani żaden z tych dzieciaków mnie nie sprzątnie gdy już wyjawię szczegóły, to po pierwsze.
- Masz na to moje słowo - rzucił niechętnie Cal
- Słowo to trochę mało w tych niespokojnych czasach. Niech twoi chłopcy zamkną swoją broń w tamtej skrzyni - wskazał ręką na duży, stalowy kufer w kącie sali.
- Nie ma mowy! - wzburzył się mężczyzna
- W takim razie nie mamy o czym rozmawiać - Jimmy odwrócił się w kierunku drzwi i dodał przez ramię - nie dość że jest was więcej, to w dodatku nie chcecie się wzbogacić. Trudno, wasz wybór...
- Szefie - wtrącił się któryś z młodych - odłóżmy gnaty, a jak ten typek zacznie kombinować to go potniemy - energicznie dobył noża z pochwy wiszącej przy parcianym pasku podtrzymującym zbyt duże spodnie na wychudzonych biodrach.
Cal zastanawiał się chwilę obracając złotą monetę w palcach, po czym westchnął:
- Niech będzie. Odłóżcie broń chłpocy.
Jimmy uśmiechnął się lekko do siebie i spokojnym krokiem idąc w kierunku Cala obserwował jak dzieciaki chowają spluwy w wyznaczone miejsce.
- Widzę że jednak rozumny z ciebie gość - uśmiechnął się szerzej, trochę szyderczo - wiedziałem, że się jakoś dogadamy.
- Obyś tylko nie marnował mojego cennego czasu - burknął Cal rzucając obcemu spojżenie pełne niechęci.
- Spokojnie, nie zabiorę ci go dużo. Otóż, niedaleko stąd jest stara baza wojskowa, znana przed wojną jako Navarra. Wejście do budynków jest od lat zawalone stertą gruzu. Dużo podróżowałem po miastach przeszukując archiwa i zbierając pogłoski i inne informacje, by dowiedzieć się na jej temat jaknajwięcej. Ustaliłem, że moje domysły i plotki krążące po okolicy okazały się prawdziwe.
- Przejdź do rzeczy! - warknął zniecierpliwiony Cal.
- Już dochodzę do sedna. W bazie tej produkowano przed wojną prototypy cyber-żołnierzy. Są to pół ludzie, pół roboty, które można dowolnie zaprogramować jeśli uzyska się odpowiednią autoryzację. Niestety nie weszły one do seryjnej produkcji, gdyż szukano dla nich bardziej wydajnego źródła energii niż małe ogniwa elektryczne. Później wojna zatarła o nich prawie wszystkie ślady.
- A co to ma wspólnego z nami?
- Bardzo wiele. Don Guseppe chce mieć takiego cyborga wśród swoich ludzi i zapłaci za niego każdą cenę. Ja potrzebuję was, aby dostać się do bazy, a wy potrzebujecie mnie, aby zlokalizować działającego robota i odpowiednio go zaprogramować.
- Brzmi interesująco, ale gdzie haczyk?
- Haczyk polega na tym, że miejsce jest dość silnie napromieniowane, więc będziemy potrzebowali sporo anty-radu aby przeżyć.
- To się da załatwić - rzekł spokojnie Cal - Billy, Jake, zbierzcie chłopców, przejdźcie się po mieście i zbierzcie tyle anty-radu ile tylko znajdziecie. Tylko szybko!
Dwaj chłopcy wraz z pozostałą dziewiątką pospiesznie opuścili salę chwytając w locie łomy, francuzy i klucze do kół lecz po ich twarzach widać było, że nie będą niczego naprawiać. Wręcz przeciwnie.
- Przejdźmy teraz do mojego honorarium przyjacielu - powiedział łagodnie i ciepło Jimmy widząc kątem oka przez szparę w zabitym deskami oknie, jak szesnaścioro małolatów biegnie z wrzaskiem w kierunku miasteczka dzierżąc w dłoniach tępe narzędzia.
- Naturalnie - uśmiechnął się Cal w sposób specyficzny dla akwizytorów i wszelkiej maści innego rodzaju naciągaczy - mogę zaoferować ci dziesięć procent zysku, oczywiście pod warunkiem, że wszystko pójdzie sprawnie i gładko.
- Nie interesują mnie pieniądze - ton głosu Jimmy'ego zmienił się. Nie był już łagodny i przyjemny dla ucha, lecz szorstki i surowy, przepełniony nienawiścią i żądzą krwi.
- Myślałeś, że wszystko co masz na sumieniu ujdzie ci płazem? Myślałeś, że możesz bezkarnie przywłaszczać sobie moją własność ciesząc się, z jaką to ślepą naiwnością te dzieciaki słuchają twoich poleceń? Myślałeś, że za tymi murami nikt cię nie dopadnie?
- O co ci chodzi? - wyjąkał przerażony Cal. Zimny pot spływał mu po skroniach, a dreszcze strachu biegały po całym ciele w szaleńczym tempie - Co cię ugryzło?
- Nie jesteś taki cwany za jakiego się uważasz! Ukradłeś mój motor, a teraz czeka cie za to kara. Ceną za ten niecny występek jest twoje życie - Jimmy energicznie wyciągnął pistolet i wycelował go prosto w serce mężczyzny.- Zgubiła cię twoja chciwość łajzo!
Padł strzał. Jeden jedyny strzał. Kula kalibru 0.44 cala wbiła się z impetem w ciało mężczyzny siedzącego na motocyklu a siła uderzenia zepchnęła go bezwładnie na podłogę. Wzrok Cala stał się mętny, ogromny ból rozdzierał jego klatkę piersiową, szumiało mu w uszach. Ciepła, gęsta krew rytmicznie wypływała spod jego palców przyciśniętych mocno do rany.
- Ty łotrze... - wyszeptał z trudem - moi chłopcy cię dopadną...
- Twoimi chłopcami zaopiekują się władze. Będą z nich jeszcze ludzie. Miasteczku bardziej przydadzą się jako jego obrońcy a nie bandziory. O tobie natomiast zapomną z ulgą w sercach. Teraz wybacz, ale zabieram co moje i ruszam dalej, bo przez ciebie mam spore opóźnienie. Żegnaj - powiedział chłodno Jimmy, poczym posłał drugą kulkę prosto w czaszkę Cala skracając jego męki. Spokojnie zabezpieczył broń, otworzył główną bramę warsztatu i pospiesznie napisał krótką wiadomość na brudnym kawałku papieru z nadzieją, że któryś z młodych będzie umiał ją przeczytać. Odpalił papierosa i bez słowa odjechał w swoją stronę, załatwiać dalej własne sprawy.
Niespełna pół godziny później rozwrzeszczana banda wróciła z łupami jeszcze bardziej podekscytowana niż przed lubieżną grabierzą mieszkańców. Widok otwartej bramy był dla nich nie lada niespodzianką, jak również zwłoki ich przywódcy ze skrawkiem papieru przyciśniętym jego złotą monetą do zakrwawionej piersi. Widok ten wstrząsnął chłopcami, gdyż jeszcze żaden z nich nie widział tak brutalnego morderstwa. Ich gang był dla nich bardziej rozrywką nie niosącą konsekwencji, bynajmniej takie mieli do tego podejście. Narobić hałasu, nabić kilka sińców, wymusić strach na mieszkańcach i brać, co im się żywnie spodoba. To właśnie wpajał im Cal, człowiek który dostarczał im mnóstwo wspaniałej zabawy, podczas gdy inne dzieci ciężko pracowały z dorosłymi. Najstarszy z chłopców chwycił drżącą dłonią kartkę i trochę niezdarnie zaczął czytać na głos:

" Tak oto kończą bandyci. Jeśli nie chcecie skończyć jak ten człowiek udajcie się do sheriffa i opowiedzcie mu o całym zdarzeniu dając mu tą monetę. On się wami zajmie. Naprawcie całe zło, które uczyniliście abym złego słowa więcej na was nie usłyszał gdy tu powrócę.

J."
Chłopcy patrzyli chwilę to na zwłoki, to na siebie jakby niedowierzając w to, co się stało. Łzy same cisnęły im się do oczu. W jednej chwili całe ich dotychczasowe życie legło w gruzach.
- Co teraz z nami będzie? - spytał najmłodszy - Jak poradzimy sobie bez Cala? To chyba jakiś koszmar! - wybuchnął histerycznym płaczem.
- Uspokój się. Płacz nam nic nie pomoże. - powiedział najstarszy - soro Cala nie ma już wśród nas ja jestem za was odpowiedzialny. Zrobimy tak, jak jest napisane w tym liście. Będziemy bronić miasta do powrotu tego łajdaka, a gdy znów się tu zjawi urządzimy mu "wystrzałowe" powitanie. Poświęcimy wiele czasu aby wyszkolić się w walce i strzelaniu. Zapłaci nam za to co zrobił - jego łamiący się głos aż kipiał ze złości.
- Dobrze Richie! - wykrzyknęli zgonym chórem
- Ruszajmy natychmiast. Teraz każda godzina którą możemy poświęcić na trening jest na wagę złota - zdecydowanie oznajmił Richie, nowy przywódca grupy zdeterminowanych dzieciaków, w umysłach których głęboko zakorzeniła się już myśl o zemście. Myśl motywująca do znoszenia wielu długich, bezlitosnych i ciężkich chwil - Za mną! - Wykrzyknął z całych sił w płucach i pędem puścił się w stronę biura sheriffa ściskając mocno w dłoni list i monetę. Reszta chłopców pobiegła za nim. W ten oto sposób "Brzytwy" zaprzestały swojej przestępczej działalności, ale czy na długo? Czas pokaże.
Głosuj (0)

Mandi 16/11/2011 21:59:49 [Powrót] ...zostaw parę słów...



dobre...mocne i ciekawe. kto jest pierwowzorem jim'a i rycha?
jim 23/11/2011 19:29:14
| brak www IP: 80.239.242.143






Mandi

.:: Licznik ::.
98018

.:: Księga 4::.
...twój ślad...
...ci co tu byli...

.:: Profil ::.

Na mój temat można by powiedzieć wiele dobrych jak i złych rzeczy... Wszystko zależy od poglądów i różnie rozumianego pojęcia moralności... Ja uważam, że jestam kim jestem i inny nie będę. Lubię Heavy Metal, moją gitarkę, whisky i oczywiście braci... Reszty można domyślić się z zawartości tego bloga.


...zapamiętaj...

.:: Archiwum ::.

2012
Listopad
2011
Grudzień
Listopad
Czerwiec
Luty
Styczeń
2010
Grudzień
Listopad
Kwiecień
Luty
Styczeń
2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczeń
2008
Grudzień
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
2007
Styczeń
2006
Grudzień
Listopad


.:: Ulubieni ::.


beldu.wjo.pl virgilcole.wjo.pl


.:: Linki ::.


ciekawosti o upadłych
Asgard
blog Jima
Kasia2
Jasiu
Kasia3
Midgard
Kasia1

.:: Muzyka ::.




>>LAY BY LILY<<
>Powered by BLOG4U<


...wrota do mego świata...